Kiedy do niego wsiadłem, przywitała mnie melodyjka i krótki filmik wyświetlany na monitorze. Z wrażenia powiedziałem „dzień dobry”. Rzadko kiedy nowy samochód robi na mnie duże wrażenie, jednak Hyundai i40 wziął mnie z zaskoczenia. Do tej pory ataki koreańskiego producenta na ten segment były nieudane. Teraz z pewnością będzie inaczej.
Kiedyś koreańskie samochody były synonimem taniego, kiepsko wykonanego i przede wszystkim nudnego jak flaki z olejem auta. Weźmy na przykład taką Elantrę. Pierwsza generacja była typowym kwadraciakiem, druga z kolei była wszędzie okrągła, trzecia znowu kwadratowa... a wszystkie trzy kompletnie bez polotu i pomysłu na ciekawy design. Czwarta generacja ominęła polski rynek, może to i lepiej. Teraz w salonach pojawiła się jednak piąta odsłona tego modelu, która w założeniach nie miała trafić do Polski, ani nawet do Europy. Jednak trafiła, tym razem na szczęście.
Kiedy niedawno rozmawiałem ze znajomym w salonie Kia, poruszyliśmy temat Hyundaia. W końcu te dwie firmy są jednym koncernem i produkują te same samochody, tylko ubrane w trochę inne blachy. Z tym, że Kia jakoś zaopatrywała się w ciekawsze blachy niż Hyundai. Cee’d jest ciut ładniejszy od i30, Sportage wygląda nowocześniej od ix35… Żartując powiedziałem, że Hyundai nie powinien wypuszczać swojej wersji Vengi, bo może ona nie być zbyt urodziwa, delikatnie mówiąc. Ale oto Hyundai wypuścił swoją wersję Vengi i zadziwił nią pewnie znacznie większą liczbę ludzi niż tylko mnie i mojego znajomego. Model ix20 na zdjęciach wygląda lepiej od Vengi… Czyżby Hyundai znalazł swoją nową, atrakcyjną tożsamość stylistyczną?
Oto jest. Zapowiadany od dawna nowy Hyundai ix35, czyli mała terenówka mająca konkurować z pojazdami o tak ugruntowanej pozycji jak Toyota Rav4, Nissan X-trail, Honda CR-V czy VW Tiguan. Tak, dobrze przeczytaliście. Koreańczycy wycelowali swoją nową broń w japońskich i niemieckich konkurentów. Uważają, że teraz nadszedł ich czas. Czy słusznie? Miałem okazję się przekonać.
Kiedy odbierałem Hyundaia i30 do testów, byłem pełen niepewności. Moje jedyne doświadczenia z tą marką ograniczały się do samochodu mojego kolegi, który więcej czasu spędzał w garażu, niż na drogach. Fakt faktem, że było to jakieś 10 lat temu, a samo auto też miało wtedy co najmniej 10 lat. Trochę wody w rzece zdążyło upłynąć. Teraz miałem się przekonać, jak koreańska firma wykorzystała ten czas.
Kiedyś nie przepadałem za koreańskimi samochodami. Kojarzyły mi się ze starymi, zardzewiałymi wrakami, których jednym atutem jest niska cena. Takie podejście sprawiło, że testowany przeze mnie rok temu Hyundai i30 dosłownie zwalił mnie z nóg. Nie spodziewałem się takiego połączenia jakości materiałów, dobrego wykończenia, nowoczesności i atrakcyjnej ceny. Od tamtej pory ostrożniej formułowałem swoje zdanie na temat „Koreańczyków”. Nie skomentowałem więc wieści, że tym razem do testów przypadnie mi i20 – mniejsze od swojego kompaktowego brata, ale podobno wcale nie gorsze. Zobaczymy, pomyślałem.
Przyszedł czas na test najmniejszego z Hyundaiów – model i10. Z założenia niewielki, tani, miejski samochodzik. Nieskomplikowany i prosty w obsłudze. Jednak mnie najbardziej martwiło określenie „miejski”. Miałem ku temu swój powód – w dzień rozpoczęcia testu kolega poprosił mnie o pomoc. Kupował samochód oddalony o 200km od Trójmiasta i jakoś musiał się tam dostać. Trzeba sobie pomagać, więc pojechaliśmy. 400 kilometrów, mało czasu i miejski samochód. Czy to miało prawo się udać?